Wywiady
Fotoreportaże
Filmy


Historia klubu
Sala Chwały
Sukcesy
Kędzierzyński Panteon Sławy
Skład
Nasi zawodnicy
Grali u nas
Trenerzy ZAKSY
Ciekawostki
Hala Azoty


Terminarz 2020/21
Tabela 2020/21
Sezon 2019/20
Sezon 2018/19
Sezon 2017/18
Sezon 2016/17
Sezon 2015/16
Sezon 2014/15
Sezon 2013/14
Sezon 2012/13
Sezon 2011/12
Sezon 2010/11
Sezon 2009/10
Sezon 2008/09
Sezon 2007/08
Sezon 2006/07
Sezon 2005/06
Sezon 2004/05
Medalisci MP


Puchar Polski 2021
Puchar Polski 2020
Puchar Polski 2019
Puchar Polski 2018
Puchar Polski 2017
Puchar Polski 2016
Puchar Polski 2015
Puchar Polski 2014
Puchar Polski 2013
Puchar Polski 2012
Puchar Polski 2011
Puchar Polski 2010
Puchar Polski 2009
Puchar Polski 2008
Puchar Polski 2007
Puchar Polski 2006
Puchar Polski 2005
Zdobywcy PP


Liga Mistrzów 20/21
Liga Mistrzów 19/20
Liga Mistrzów 18/19
Liga Mistrzów 17/18
Liga Mistrzów 16/17
Puchar CEV 14/15
Liga Mistrzów 13/14
Liga Mistrzów 12/13
Liga Mistrzów 11/12
Puchar CEV 10/11
Puchar CEV 09/10


O nas
Wygaszacze ekranu
Puzzle
Tapetki na pulpit
Galeria
Karykatury
Zawodnik miesiaca
Sondy

Podumowanie III rundy play-off



"Runda zasadnicza potwierdziła rokowania. Cztery najmocniejsze kluby zgarnęły ze stołu grubo ponad sześćdziesiąt procent punktów" - można było przeczytać w kwietniowym numerze magazyny Super Volley i podobną ocenę z małymi wyjątkami można zastosować do rundy finałowej i walki o medale, gdyż ta również ułożyła się zgodnie z prognozami fachowców.

Królująca niepodzielnie od października Skra po zwycięstwie nad olsztyńskim PZU w meczach półfinałowych, które fachowcy nazwali przedwczesnym finałem, po raz drugi z rzędu sięgnęła po mistrzowską koronę i to w stylu nie budzącym żadnych wątpliwości. Podopieczni Ryszarda Boska tylko raz schodzili z parkietu w tegorocznym finale jako zwycięzcy, wykorzystując słabszy dzień Michała Winiarskiego i co tu dużo mówić, chwilę dekoncentracji zawodników Skry w końcówce pierwszego seta pierwszego meczu rozgrywanego na własnej, jakże trudnej dla rywali hali. W drugim spotkaniu osłabieni nieobecnością Przemka Michalczyka i grającego z kontuzją barku Plamena Konstantinova gospodarze, nie stanowili już dla rywala większej przeszkody, zwłaszcza, że ten nie tylko grał znakomicie, ale przede wszystkim wierzył w ostateczne zwycięstwo.

Patrząc na grę podopiecznych Ireneusza Mazura, można odnieść wrażenie, że w najważniejszych momentach w drużynę wstępuje nowy duch i nie ma takiej siły, która zdolna by im była odebrać zwycięstwa. Doświadczyli tego olsztynianie w półfinałach, doświadczyli również jastrzębianie, którzy po okresie bardzo dobrej gry "dopadali rywala", aby znów za chwilę "zobaczyć jego plecy".

MariuszWlazły i Michał Winiarski to obecnie najpopularniejsi siatkarze w kraju i według opinii wielu, to oni, a zwłaszcza ten pierwszy, również w finale zapewnili zwycięstwo Skrze. Jednak nie byłoby złotego medalu, gdyby nie pozostała piątka. Krzysztof Ignaczak twierdzi, że siłą Skry jest kolektyw i jest w tym bardzo dużo racji. Nie wnikając w atmosferę panującą w zespole, każdy z zawodników zna swoje miejsce i zadania do wykonania i jeśli zawodzi jeden element, zespół jest tak skonstruowany, że potrafi nadrobić to w innym, bez straty dla wyniku. W Jastrzębskim Węglu w decydujących meczach zabrakło natomiast siły ognia, mimo bardzo dobrej gry Grzegorza Szymańskiego i przyjęcia umożliwiającego grę przez mocny w tym zespole środek, a być może także wiary w ostateczny sukces i to wystarczyło, aby marzenie o złotym medalu odłożyć na rok.

PZU po porażce ze Skrą w półfinałach nie dał specjalnie pograć znacznie słabszemu w tym sezonie AZS-owi Częstochowa i pewnie sięgnął po brązowy medal. To, że podopieczni Waldemara Wspaniałego zmienili swe oblicze od stycznia, kiedy właśnie Wspaniały zmienił na stanowisku pierwszego trenera Grzegorza Rysia, nie trzeba nikogo przekonywać, ale nie pozwoliło to jednak na sukces w walce o "złoto", o które bez powodzenia olsztynianie walczą od trzech sezonów. Na otarcie łez pozostał więc brązowy medal i i mały finał, który jakoś specjalnie nie wzbudził emocji ani wśród kibiców, ani w gronie fachowców. Częstochowianie, którzy znakomicie grali przez całą zasadniczą część sezonu, nie potrafili przeciwstawić się rywalowi w ani jednym meczu, wygrywając zaledwie jednego seta w trzech spotkaniach i chyba srodze zawiedli swoich kibiców, których przez siedemnaście lat przyzwyczaili do tego, że ich ulubieńcy są zawsze "na pudle".

Zawiedli przede wszystkim Amerykanie, którzy przez całą rundę zasadniczą grali nierówno, może poza Eatherthonem, ale jakoś szczęśliwie nie przekładało to się na grę zespołu. W decydujących momentach przyszły jednak kontuzje i dała znać o sobie krótka ławka rezerwowych, a forma przybyszów zza Oceanu też znacznie spadła, więc w meczach z naszpikowanym reprezentantami kraju PZU, któremu można wiele zarzucić, ale nie brak umiejętności siatkarskich, wyszły na jaw wszystkie słabości siatkarzy z Częstochowy.

Moralnym zwycięzcą sezonu okazała się montująca na prędce budżet przed rozgrywkami Politechnika, która wygrała dwumecz z innym niespodziewanym "zwycięzcą" - Gwardią Wrocław. Warszawianie, którzy wyeliminowali z walki o piątą lokatę nasz Mostostal, obiecywali bój o najwyższą w historii klubu pozycję i słowa dotrzymali, sprawiając tym ogromna radość swoim kibicom.

Są różne sukcesy - te wielkie - w świetle jupiterów i przed obiektywami kamer, i te niby mniejsze, o których nie pisze się na pierwszych stronach dzienników sportowych. Czasem wartość tych małych sukcesów bywa większa, niż walka o najwyższe trofea i żywym tego przykładem są oba zespoły, które stoczyły emocjonujący pojedynek o piąte miejsce. Jeszcze na początku roku Gwardia broniła się przed spadkiem i tylko najwięksi optymiści wierzyli w zmianę trendu, nie mówiąc już o wyższej lokacie niż ósme miejsce. Jednak sport jeszcze raz pokazał swe nieprzewidywalne oblicze i to, co było do tej pory niemożliwe, stało się faktem. Po niespodziewanym zwycięstwie nad Resovią Gwardziści stanęli przed szansą wywalczenia piątego miejsca i chociaż nie sprostali temu zadaniu, mogą czuć się w pełni usatysfakcjonowani, gdyż w meczu z Politechniką tanio skóry nie sprzedali i pokazali, że zasłużyli sobie na jakże dobrą w ich sytuacji szóstą lokatę. Warszawianie w swoich szeregach mają przede wszystkim Radka Rybaka, wszechstronnego Marcina Drabkowskiego, który w tym sezonie z awaryjnego rozgrywającego stał się pierwszym reżyserem zespołu i bardzo dobrego libero -Adriana Dyżakowskiego. Od ich formy często zależała postawa całego zespołu, który przez cały sezon grał bardzo nierówno, chociaż czasem potrafił wprawić w zakłopotanie nawet najlepsze zespoły PLS-u. Także w play-offach "Inżynierowie" zafundowali podopiecznym Edwarda Skorka aż piętnaście setów, zmuszając rywali do ogromnego wysiłku i wtedy jasne się stało, że podopieczni Krzystofa Felczaka będą myśleć o piątej lokacie całkiem poważnie i nie zamierzają być przysłowiowymi chłopcami do bicia. Udowodnili to, pokonując Gwardzistów i zajmując pozycję, która pozwala spokojnie patrzeć w przyszłość, zwłaszcza, ze na horyzoncie pojawił się nowy sponsor, a więc większe pieniądze.

Największymi przegranymi tego sezonu pozostały dwa zespoły, o których mówiło się, że są za słabe "na czwórkę" lecz zdecydowanie za mocne na walkę z "dołem tabeli". Dzisiaj te słowa brzmią nieco na wyrost, ale przed sezonem trudno było oprzeć się wrażeniu, ze zarówno Mostostal jak i Resovia zdolne są do sprawienia niespodzianek i to w innym wymiarze, niż to okazało się na koniec. W pierwszej części sezonu zresztą wszystko na to wskazywało, bo Mostostalowcy z 13 punktami pewnie "okupowali" piąte miejsce, które po serii porażek oddali właśnie Resovii. Los jednak nie do końca okazał się niekonsekwentny, bo skojarzył obie drużyny w play-offach, tylko że w meczach o "szczebelek" niżej. W pierwszym meczu Mostostal pewnie zwyciężył siatkarzy Jana Sucha i w ten sposób przerwał niechlubna passę jedenastu porażek, wlewając w serca kibiców nadzieję na kolejne zwycięstwa, a przynajmniej na inną, lepszą grę. Jednak skończyło się na tym jednym epizodzie. W Rzeszowie to gospodarze postanowili udowodnić swoim kibicom, ze "wpadka z Gwardią" była tylko nieszczęśliwym wypadkiem przy pracy, a skoro nie natrafili na zdecydowany opór gości, nie mieli większego kłopotu z wywiązaniem się z przedmeczowych deklaracji. Wszystko wróciło więc do "normalności", bo i żal i rozgoryczenie w tym sezonie nader często towarzyszyły kibicom Mostostalu.

Zakończył się ostatni akt serialu, któremu na imię PLS. Są wygrani i przegrani, są moralni i faktyczni zwycięzcy. Czasami było ciekawie, a czasami wiało nudą. Jedno jest pewne. Będziemy teraz tęsknili za ligą aż do września, bo jaka by ona nie była, potrafi wzruszać i denerwować, skłaniać do pochwał i utyskiwań, ale nie można przejść obok niej obojętnie

Autor: Janusz Żuk